– Nie lubię strojów galowych. Gdy założę białą koszulę i szpilki, czuję się jak przebrana – powiedziała ostatnio moja klientka. – Siedzę jak na egzaminie. Jest mi niewygodnie, pocę się i myślę tylko to tym, żeby zdjąć to z siebie.

 

No cóż, ubrania galowe często kojarzy się z czymś oficjalnym, sztywnym i niewygodnym: egzaminem, rozmową o pracę czy inną niecodzienną sytuacją. W korpoświecie obowiązuje dress code i wymóg pracodawcy, dopasowanie, ujednolicenie. Myślę, że szkoła, która jest taką korpo dla małych ludzi, genialnie przygotowuje do tego, aby potem siedzieć w garniturze za biurkiem i stukać w klawiaturę.

 

Choć nie lubię dress codu, chętnie noszę tzw. spodnie garniturowe do trampek i dużego swetra albo do szpilek i ukochanej koszuli. Nie muszę ubierać się „na sztywno”, ale bywa, że na spotkanie z klientem zjawiam się w garniturze.

.

Myślę, że główny problem z koszulą i spodniami w kant to problem mentalny. Najpierw szkoła wprowadza tę formułę jako oficjalną, co w wypadku egzaminu lub wystąpienia przed klasą dostarcza dodatkowego stresu i koduje się w naszych ciałach jako nieprzyjemne doświadczenie. Potem matura, egzaminy na studia – wszędzie biała koszula. Nie są to łatwe sytuacje, jeśli nie jesteś urodzonym mówcą albo aktorem, który występowanie ma we krwi.

 

W niektórych okolicznościach inny ubiór jest odbierany wręcz jako obraźliwy, dlatego warto popracować nad mentalem. O tym, że ubranie ma wspierać i pomagać, wiedziała niejedna ikona stylu – w moim najnowszym artykule przeczytasz o Dicie on Teese.

 

Co zrobić żeby dress code nie był czymś obrzydliwym? Nie po to, aby wbijać się w niego i nie zwracać uwagi na to, że ciało mówi: „Niewygodnie!”, lecz raczej po to, aby lepiej czuć się z samym sobą i nie dostarczać swojemu organizmowi ani stresu, ani niepotrzebnego napięcia. Odpowiedzią jest biały T-shirt. Nie jest odpowiednim strojem dla osób rządzącym krajem, ale do pracy jest jak najbardziej w porządku.

 

Chodzi o to, żeby ubierać się po swojemu, nawet jeśli jako pracownika koncernu obowiązuje cię dress code, często znajdujący odzwierciedlenie w podpisywanej umowie.

 

„Po swojemu” dla mnie oznacza od środka, z wewnątrz, z brzucha. I nawet jeśli zakładasz marynarkę, robisz to z poczuciem, że wiesz, co lubisz, i jak czujesz się ze sobą. Nie ma poczucia gwałtu na sobie. Poza tym uczysz się przemycać swój styl w kształcie buta, biżuterii, torebce, płaszczu, fantazji w zawsze ołówkowej spódnicy, choć za każdy razem ciut innej.

 

Znawcy mody, dress codu i etykiety mówią, że odpowiedni strój świadczy o znajomości zasad savoir vivre’u, respektowaniu współpracowników oraz wiarygodności pracownika i jego elegancji. Projektantka Ania Kuczyńska mówi, że biała koszula i biały T-shirt są symbolem niezobowiązującej elegancji. I sposobem na oswojenie dress codu.

 

Pozdrawiam Cie ciepło

Aneta